Cóż, daty na blogu brutalnie pokazują mi, że ostatnio pisałam o włosach pod koniec września (klik!), podczas cyklu “niedziela dla włosów”. Próbowałam wtedy po raz pierwszy przyjrzeć się składowi mojego szamponu. Zerkając do posta przypomniałam sobie, jak dobrze zadziałała na moich włosach maseczka z siemienia lnianego – po sylwestrze, już na spokojnie, zrobię kolejne podejście, a dziś skupię się na tym, co przez ostatnie trzy miesiące działo się z moimi włosami.
Przede wszystkim kryzys włosowy, który dopadł mnie pod koniec października (o którym pisałam w poście-narzekaczu)  już dawno został zażegnany. Od tego czasu moja pielęgnacja wygląda niemal tak samo:
 
SZAMPONY:
1. Jonson`s baby szampon – kupiony właśnie podczas kryzysu, na szybko, bo nie było w sklepie akurat polecanego przez wszystkim babydream (Jonson już się powoli kończy, więc babydream jest następny w kolejnce). Sprawdza się u mnie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Przynajmniej nie powoduje jakichś negatywnych skutków, a to dla mnie już dużo 😉 Używam praktycznie do każdego mycia.
2. Restore Therapy Skampoo z Oriflame, którym zachwycałam się we wrześniu. Boję się, czy to nie on był przyczyną kryzysu, więc używam raz na tydzień, półtora i w takiej częstotliwości nie dzieje się nic złego. Do zużycia jeszcze ponad połowa, co mnie męczy.
3. Podczas kryzysu naczytałam się też o oczyszczaniu włosów i że ponoć męskie szampony się do tego nadają… Więc póki się nie skończył Syoss mojego mężczyzny tak raz na tydzień podkradałam mu szampon 😉 Niestety nie zapisałam nazwy, a butelki już nie mam. 
 
MASKA:
1. Kallos Algae – początkowo nie byłam z niej zadowolona. Wydawało mi się, że sprawdza się gorzej niż jej bananowa siostra. Wyczytałam jednak na blogach włosowych, że dobrze sprawdza się pod olej i… wypróbowałam z olejem kokosowym, z którym moje włosy wcześniej raczej się nie lubiły (są wysokoporowate). I faktycznie, pod olej sprawdza się bardzo fajne, w zasadzie używam jej teraz przy każdym myciu, choć oczywiście głównie solo. Muszę powiedzieć, że w tym przypadku chyba zasługa jest też w sposobie, w jaki ją nakładam – sposobie Henrietty. Chodzi o dość dokładne, kilkuminutowe masowanie włosów podczas nakładania maski. Chciałabym jednak bardziej zauważalnych efektów, więc pewnie połowę oddam siostrze, a sama skusze się po nowym roku na coś nowego, spoza serii Kallos. 
 
ODŻYWKA: 
1. Ziaja intensywna regeneracja do włosów łamliwych – nie wiem, co mną kierowało przy kupnie, nie pamiętam 😉 Jednak chyba się sprawdza, skoro końcówki, do których głównie ją używam, nie łamią się, nie kruszą i wyglądają dość zdrowo. 
 
OLEJ:
1. Kokosowy, o czym wspomniałam przy masce. Używam go, na oko, raz na tydzień. Staram się nie nakładać za dużo i trzymać na włosach do kilkunastu minut, zupełnym maksimum jest pół godziny. Inaczej włosy się strączkują i mam problem ze zmyciem oleju. 
 
Po naolejowaniu włosów przed myciem i naturalnym wysuszeniu, włosy wyglądają tak:
 
A przez ostatnie miesiące udało mi się jeszcze dwa razy zrobić zdjęcie włosów:
 
Po lewej listopad (chyba na drugi dzień, po nocy w koczku/warkoczu), po prawej – wrzesień. Zdecydowanie bardziej podobają mi się włosy we wrześniu – skręt był delikatniejsze, a i samo cięcie w “u” jakby mniejsze. 
 
A teraz – dla mnie przynajmniej – najciekawsze: czy moje włosy są dłuższe? Problematyczne może być to, że bodaj w listopadzie lekko je podcinałam, ale ciężko mi stwierdzić ile. Wydawało się niewiele, ale przy kręconych nie umiem stwierdzić czy 2 czy 4. 
We wrześniu ich długość od przedziałka wynosiła 54 cm, od czoła 64 cm. Teraz od przedziałka wynosi 58 cm, a od czoła 65 cm (widocznie mierzone przy większym skręcie). Wychodzi więc na to, że przyrost wynosi więcej niż 1 cm miesięcznie, a w dodatku podcinałam lekko włosy! Szkoda tylko, że zupełnie nie mam pojęcia, jak mierzyć “realny” przyrost włosów falowanych – czy to w ogóle jest możliwe? Może tuż po umyciu, kiedy są w miarę proste?