Mimo że pierwszy wpis o slow fashion pojawił się w połowie września, to już kilka tygodni wcześniej zaczęłam przygotowywać listę całej mojej garderoby. Jej celem było nie tylko policzenie ilości ubrań, ale i dokładne zwrócenie uwagi na jej jakość (skład materiału) oraz stan. Jako że po drodze zrobiłam porządek na blogu, a i pora roku się zmieniła, okazało się, że lista jest już częściowo nieaktualna 😉 Trzeba było stworzyć nową!

Dziś skupię się na zimowo-jesiennej garderobie, zresztą typowo letnich ciuchów mam niewiele. Ktoś może postukać się w głowę i zapytać: po co? Już odpowiadam. Przede wszystkim, co wiele razy podkreślałam, lubię statystykę. Tak jak inni lubią samochody marki bmw lub klimat kina, w którym siedząc przed wielkim ekranem można pożerać popcorn. Druga rzecz – jestem ciekawska i konkretna. Pojęcia typu “mam sporo ciuchów”, “nie mam w czym chodzić”, “ciuchy nie mieszczą się w szafie” niewiele mówią, prawda? Ale jak już człowiek policzy, zobaczy, namacalnie napisze, że tych ubrań jest 100, 200 albo nawet 300, to już inna historia. To już można wyciągnąć jakieś wnioski i zmierzyć postęp (jeśli na tym polu do niego dążymy). Trzecia rzecz – kwestia liczenia jest niejako wypadkową innych działań. I tak tworzę spis rzeczy, by przeanalizować stan początkowy, więc niejako ubrania same się liczą. Pewnie w innym wypadku nawet mi nie chciałoby się liczyć ubrań, ba!, nawet bym nie wpadła na taki pomysł 😉

Od czego zacząć? Cóż, jesień dla mnie to przede wszystkim swetry, sweterki i narzutki. Jest to u mnie dość pokaźna grupa. Składy są kiepskie, ale dopiero wchodzę na drogę minimalizmu, więc większość rzeczy, które mam, wymienię dopiero, gdy będę miała taką potrzebę. Naliczyłam, że ciuchów tej grupie mam 17. Co ciekawe, gdy tworzyłam listę kilka tygodni temu miałam w tej kategorii aż 20 sweterków, a w między czasie – jak zaraz przeczytacie – dokupiłam jeszcze dwa. Ostatnie czystki usunęły aż 5 sztuk, brawo ja!

Grube swetry nakładane:
1. biały, grubopleciony z H&M (i nawe 60% to bawełna!, 40% akryl). Muszę przyznać, że praktycznie nic się z nim nie dzieje, a będzie to jego co najmniej trzeci sezon. Nie ma mowy o mechaceniu się, kulkach czy wypchanych łokciach. Kupiony na wyprzedażach.
2. szary z jelonkiem z H&M (48% bawełka, 12% wiskoza, 18% poliamid, 7% angora).  Również dość dobrze się trzyma, lekko się zmechacił, ale myślę, że jest do ogolenia. Jednak mocniej uwydatniają się łokcie, co powoli zaczyna mi przeszkadzać. Zastanawiam się czy nie spóbować naszyć czegoś na zgięciu – próbowaliście ratować tak odkształcony sweter? Chyba to trzeci sezon sweterka, dostałam go jako prezent gwiazdkowy.
3. zielony sweterek z Reserved (nie znam składu, bo sweter ma chyba co najmniej 10 lat, chociaż ciężko mi w to uwierzyć). Nie wiem jak to możliwe, ale mimo wieku nie stracił koloru, nie wyciągnął się. Musi być dobrej jakości 😉 To jedna z tych rzeczy, które krążą między moją a siostry garderobą, gdy którejś się znudzi.
4. czarna bluza ze szaro-świecącym tułowiem z Reserved (rękawy to 100% bawełny, a tułów 45% polyester, 30% polyacryl, 20% bawełna) – bardzo wygodna i ciepła, ale często zaciągam szaro-świecącą część. Drugi lub trzeci sezon. Kupiony na wyprzedażach.
5. bluzko-sweterek z Reserved, ponieważ jest wykonany z podobnego materiału co tułów bluzy powyżej, ale jest cieńsze. Sam splot powoduje, że zaliczam jednak do sweterków. Kupiony w duecie z tym powyżej (55%poliester, 40% akryl, 5% włókno metaliczne)

Swetry rozpisane/do narzucenia:
6. gruby kremowy sweter ze Stradivariusa (rękawy 100% akryl, który imituje zamsz, a reszta 100% polyester). Jest bardzo ładny, ale niestety mechaci się i zaciąga (a nie jest łatwo wciągnąć nitkę), dodatkowo brudzi się na łokciach, co ciężko doprać. Mam go od zeszłego grudnia i przypuszczam, że to jego ostatni sezon. Całe szczęście, że również kupiony na wyprzedaży, bardzo tanio 🙂 Mimo wszystko jeden z ulubionych.
7. gruby żółty sweter z C&A (100% akcyl) – była to miłość od pierwszego wejrzenia, teraz będzie jego trzeci sezon i ściągałam go z manekina. Trzeba golić, ale trzyma się, kosztował stosunkowo niewiele 🙂
8. czarna narzutka z geometrycznym akcentem z Reserved – niestety nie znam składu, bo przeszkadzała mi metka. Ale będzie to jego trzeci-czwarty sezon, a nic się nie dzieje, więc podejrzewam, że bawełna jest wysoko.
9. szary sweterek we wzorek z kotami z Sinsay (kupiłam tylko z uwagi na koty, rok temu za nie więcej niż jakieś 40 zł. Niestety mechaci się straszliwie, ale plus, że na niejednolitym szarym aż tak tego nie widać 😉 Pewnie też jego ostatnie podrygi.
10. szary długi sweterek Cubus (55% sztuczny jedwab, 25% bawełna, 20% nylon) – tegoroczny zakup, za niewielkie pieniążki i dość konieczny, bo brakowało mi czegoś do zarzucenia.
11. szary czarny sweterek Orsay (80% wiskoza, 20%polyamid) – dostałam go dwa tygodnie temu przy zakupie płaszcza, więc nie wybrzydzałam w składzie. Dodam, że od kilku miesięcy szukałam czarnego sweterka, jednak szukałam jakiegoś kompromisu między ceną, jakością i wyglądem. Chwilowo problem zażegnany. 😉

Klasyczne, dość cienkie sweterki wciągane:
12. popielaty sweterek z Hause`a (100% bawełna) – jest uroczy dzięki kokardzie przy szyi i ładnie przylega do ciała. Jest w mojej szafie co najmniej od 4 lat.
13. kremowy sweterek z Kapalua (80% wiskoza, 18% polyamis, 2% elasthan)- dostałam go w prezencie dość niedawno i jeszcze nie jestem pewna czy będzie się dobrze nosił. Prawdopodobnie zasili półkę ciuchów domowych lub komuś oddam.
14. czerwony golf z WE Fashion (70% sztuczny jedwab, 30%polyamid) – jest ze mną od ponad 5 lat, ale nie każdej zimy go zakładam. Wynika to z faktu, że jestem raczej istotą chłodnolubną i zazwyczaj przemieszczam się na tyle blisko, i to między miejscami ciepłymi, że nie mam potrzeby noszenia golfu. Ale ten bardzo lubię.
15. zielony sweterek z H&M (nie znam składu, bo wymieniłam się na niego z siostrą, która raczej wszystkie metki obcina) – lubię nosić go w wolne dni, ale wydaje mi się, że materiał jest sztuczny i skóra przez niego nie oddycha.
16. zielony sweterek z Hause (obcięłam metkę, bo była wyjątkowo duża) – wydaje mi się, że jest bawełniany z jakąś domieszką, bo świetnie się w nim chodzi i dobrze się go pierze. Ot, zwykły zielony sweterek z dekoltem w serek w kolorze butelkowej zieleni.
17. szary sweterek z Zary (brak metki) – niezniszczalny. Chodzę w nim od 2-3 lat, kupiłam go w lumpeksie i jest idealny na koszulę.

Wnioski?
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o grupę pierwszą i drugą to od momentu kupna ubrań – noszę je zamiennie non stop. Lubię swetry i dobrze się w nich czuję. Dodatkowo miejsce, w którym pracuję od maja jest budynkiem starym, w którym jest chłodno. Przez całe lato i sweterki się przydawały, zwłaszcza w zimne, deszczowe dni. A grupa trzecia? Z sześciu jej elementów tylko golf nie był nakładany od dwóch lat, ale dla odmiany ostatniej zimy pracowałam w mega ciepłym biurze, do którego miałam 5 minut, więc sami rozumienie… 🙂 Oprócz kremowego sweterka (nr 13), który mi niedawno sprezentowano, a który i tak miałam na sobie z dwa razy, noszę wszystko. Prawdopodobnie więc dopiero zniszczenie któregoś elementu spowoduje zmiany w tej grupie, chociaż patrząc na składy i wiek większości może się okazać, że po tej zimie będzie co wyrzucać.

Jak powinno być?
Cóż, jak widać królują u mnie sieciówki, w których ze składem różnie bywa. Z przykrością stwierdzam, że moje najlepsze jakościowo ciuchy to te wiekowe, kupowane kiedy nie zwracałam uwagi na skład. Odkąd przeczytałam czym właściwie jest akryl widzę, że jest ciężko znaleźć swetry bawełniane, wełniane w sieciówkach. Jeszcze poszukiwań nie doświadczyłam, bo mam “zapas” swetrów, ale przy każdej okazji z ciekawości zerkam na składy.

Post wyszedł długi, ale zaznaczałam, że swetry to dość pokaźna grupa u mnie. Dajcie znać, która część garderoby najbardziej was interesuje, postaram się przeanalizować to w następnej kolejności 🙂