Grosz niewydany jest groszem zaoszczędzonym – mawiają najstarsi blogerzy finansowi. Nie wydać możemy na dwa sposoby: nie kupować, bądź kupować taniej. Taniej np. poprzez proces negocjacji. Chcę Was dziś przekonać, że stosując pewnie triki można zaoszczędzić na tyle, że w skali roku okaże się, że za nasze wakacje lub wymarzony sprzęt zapłacimy z dodatkowych pieniędzy. Jak jednak przekonać się do targowania?

Od razu zaznaczę, że w naszym związku targowanie się lepiej wychodzi mojemu D. Potrafi targować się nawet u dentysty. Oczywiście nie za każdym razem, po prostu lubi w nowej sytuacji testować kolejnego usługodawcę/sprzedawcę 😉 Nie ma znaczenia czy dzieje się to “twarzą w twarz” czy podczas rozmowy telefonicznej.

Dlaczego boimy się targować? Nie traktujemy tego jak biznes. Od razu myślimy w kategoriach “co pomyśli o nas druga strona”. Że jesteśmy głupi? Biedni? Naciągacze? Polaki-cebulaki? Blokada siedzi więc w nas samych. Stosując jednak metodę, że nie ma głupich pytań, udaje nam się uzbierać rok w rok na samym targowaniu się dodatkowe fundusze, które możemy poświęcić np. na wakacje. Jak to robimy?

  1. Obniżenie ceny wynajmu mieszkania
    Podpisując ostatnią umowę najmu na rok, udało nam się wynegocjować 150 zł mniejszą kwotę dla właścicielki miesięcznie oraz 100 zł mniejszą, jednorazową cenę usługi pośrednika. Wynajmowaliśmy mieszkanie przez 11 miesięcy, więc zaoszczędziliśmy łącznie 1800 zł. Zdajemy sobie sprawę, że nie wszystkich dotyczy ten punkt, ale ogrom naszych znajomych wynajmuje kąt, jednak wstydzą się zapytać o zmniejszenie wyjściowej ceny.
    Jakiego argumentu użyliśmy? Powiedzieliśmy wprost, że proponowana przez właścicielkę cena przekracza planowany przez nas miesięczny budżet. Zgodziła się w zasadzie od razu, a pośrednik dodatkowo spuścił ze swojego zysku. Dlaczego? Raz, że ponoć wzbudziliśmy ich zaufanie. Dwa – mężczyzna uznał, że jesteśmy młodą, wypłacalną parą (mimochodem pytał o to czy i gdzie pracujemy, jakie mamy wykształcenie) i prawdopodobnie uznał, że są spore szanse, że w przyszłości będziemy jego klientami, jeśli chcielibyśmy kupić mieszkanie na rynku wtórnym. Na jeszcze poprzednim mieszkaniu właścicielka również zgodziła się na opuszczenie 100 zł do czynszu, więc nie jest to jednorazowy strzał.
    Jakich argumentów nie używać? Lepiej nie stosować słów wzbudzających negatywne skojarzenia, np. “za drogo”, “nie stać nas”, bo możemy zostać uznani za niewypłacalnych i w ogóle nie dojdzie do podpisania umowy najmu.
  2. Cena proporcjonalna do jakości wykonanej dla nas usługi
    Bardzo nie lubimy zaniedbań wykonawców, dlatego przy zapłacie, jeśli któraś część umowy była niezgodna z naszymi oczekiwaniami, mówimy o tym i pytamy o rabat. Tak np. w maju zaoszczędziliśmy 20 zł na spóźnialskim transporcie do przeprowadzek: cena była wcześniej uzgodniona, ale kierowca spóźnił się, przez co D. musiał zapłacić nie taką małą sumę za parkometr. Przedstawiciel firmy niechętnie, po konsultacji z szefem zgodził się na rabat, który pokrył koszty związane z postojem i zostały drobne na dobre ciastka 😉
  3. Porównywanie cen stacjonarnych do proponowanych w sklepie online
    Korzystamy z tej metody przy zakupach o większej wartości, głównie jubilerskich. Ostatnio utargowałam tak 5% wartości prezentu dla mojej mamy, na który składałam się razem z rodzeństwem. Przy zakupach wartości 1000 zł, oszczędność wyniosła 50 zł. Podobnie zrobiliśmy dwa lata temu, gdy D. kupował wymarzony zegarek. Nie wspominam oczywiście o dodatkowych bonusach związanych z kartami lojalnościowymi, bo to osobny temat.
    Jakiego argumentu użyliśmy? Wierzcie nam, że sprzedawcy doskonale wiedzą, że oferta online jest dla konsumenta korzystniejsza. Kiedyś nieśmiało wspominaliśmy o tym sprzedawcy. Teraz wprost mówimy, że ok, bardzo nam się produkt podoba, jednak w sklepie internetowym jest np. 10% tańszy i pytamy wprost: dostaniemy jakiś rabat czy mamy zamówić przez internet? Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie zjechali do ceny sklepu online.
  4. Więcej za mniej
    Co prawda nie było to targowanie na naszą korzyść, bo D. odwiedzał ksero w imieniu mojej siostry, ale przy drukowaniu pracy magisterskiej w trzech kopiach, z bindowaniem i oprawą, również zapytał o rabat. Była to kwestia ok. 10 zł, ale wspominam o tym, bo wystarczyło zapytać.
  5. Targi lub sklepy prywatne
    Stragany lub prywatne boksy mają to do siebie, że sprzedawcy udzielają rabatu. Tutaj nie lubię się targować, jeśli jednak widziałam identyczne buty boks wcześniej 10 zł taniej, a tutaj jest mój rozmiar – zapytam. W ten sposób oszczędzamy kilkanaście-kilkadziesiąt złotych rocznie.
    Na targach jest oczywiście łatwiej. W moim rodzinnym mieście co roku przez wakacje organizowany jest stragan, na którym ludzie sprzedają przeróżne drobiazgi. To, co mnie najczęściej interesuje, to książki, więc często można ode mnie usłyszeć: “trzy w cenie dwóch?”. Jak się domyślacie – raczej człowiek się ucieszy, że ktoś chce cokolwiek od niego kupić, niż nie zgodzi się na zniżkę.
  6. Dodatkowe bonusy
    Kto z nas lubi uporczywych telemarketerów? Zwłaszcza, jeśli sprzedają nam usługę, z której i tak korzystamy – abonament komórkowy, ubezpieczenie czy kablówka. Cóż, mój D. uwielbia takie gadki-szmatki 😉 Doskonale zdajemy sobie sprawę, że osoba po drugiej stronie słuchawki ma określone bonusy czy rabaty, które może udzielić, ale nie raz okazało się, że dopóki klient (czyli D.) nie zapytał i nie “wymusił” nie były proponowane… 😉 Dzięki temu mamy np. dostęp do wielu filmów i seriali, więc wieczorami się nie nudzimy!
  7. Bądź asertywny
    Nie mamy dużego rozeznania na rynku deweloperskim, jednak już okazało się, że należy mieć oczy szeroko otwarte. Gdy decydowaliśmy się na zakup mieszkania, “TA” oferta pojawiła się w niedzielę, więc D. w poniedziałek chwycił za telefon, a we wtorek umówił na rozmowę. Jakie było jego zdziwienie, gdy w dniu spotkania cena podskoczyła o 10 tysięcy w górę! Deweloper pomarudził, że tylko jedno mieszkanie było tańsze, że cena była dla pierwszej osoby, ale ostatecznie… spuścił cenę o 5 000 zł i zaproponował dodatkowe usługi w cenie. Ponoć często spotykane jest, że pierwszego dnia ceny są mniejsze, ale wtedy o tym nie wiedzieliśmy.

Sednem tego wpisu jest próba uświadomienia Wam, że umiejętność targowania się jest kwestią mentalności. To, że się targujemy, nie oznacza, że za wszystkie produkty i usługi chcemy zapłacić jak najmniej. Nie. Jeśli widzimy zaangażowanie sprzedawcy czy właściciela firmy – chętnie zapłacimy tyle, ile oczekuje bądź dorzucimy napiwek. Nigdy nie zapomnę mojej korepetytorki z chemii z czasów szkolnych – była wspaniała, jednak proponowała śmiesznie małą stawkę, z dzisiejszej perspektywy nie dziwię się, że mój tata podniósł zapłatę o 25%. Pokazał, że jej czas jest wart docenienia i nie musi bać się, że za wysoko wycenia swoje usługi.

A Ty? Czy umiesz się targować?