Jak zapowiadałam na Instagramie – trochę się działo, gdy mnie na blogu nie było (minęły aż trzy miesiące!). Więc proponuję wziąć jakiś pyszny napój w dłoń (u mnie aktualnie poranna kawa, chociaż zdążyła już wystygnąć), a ja postaram się w miarę krótko i na temat opowiedzieć, co u mnie.

ŻYCIE W DWUPAKU

Powoli, powolutku przygotowujemy się z D. do nowej roli, z jaką przyjdzie nam się zmierzyć w połowie grudnia 😉 Jeszcze nie zasypię was zdjęciami, bo wierzcie mi, mimo przekroczenia półmetka ciąży – nie mam ani jednego większego czy mniejszego dziecięcego gadżetu. Nawet malutkiej, słodkiej pary skarpetek. Prawie do końca lipca aktywnie pracowałam i dopiero upały oraz męcząca mnie bezsenność spowodowały, że musiałam spasować. Do tego wszystkiego doszło ogarnianie mieszkania. Pozbycie się w dwupaku tego całego kurzu po remoncie nie wychodzi nam zbyt szybko, a Wyciosany mimo sezonu wydawałoby się ogórkowego ma sporo projektów i zleceń, które też lubią wyskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Upały nie trwają jednak wiecznie i od wczoraj już słońce przeplata się z deszczem 🙂 W końcu już tworzę ten wpis, więc jest progres!

AKCJA ODDAJ WŁOS

W lipcu udało mi się zrealizować również jeden z celów, o którym myślałam odkąd usłyszałam o akcji „Daj włos!” fundacji Rak&Roll. Jeśli jeszcze o niej nie słyszeliście (czy jest jeszcze ktoś taki?!) to w skrócie chodzi o oddanie włosów na perukę dla osób chorych na raka. Należy obciąć pasma o długości min. 25 cm, a osoby walczące z rakiem dostają perukę za darmo. Z ciekawostek – na jedną perukę potrzeba włosów aż od 5-10 osób, a z 25 cm w perukarni wyjdą pasma o długości ok. 15cm!

Dwa lata temu dzieliłam się z Wami moją włosową historią, od tego czasu moja czupryna trochę urosła i byłam zadowolona z minimalnej pielęgnacji, jaką poświęcam długim włosom. Niektórych może dziwić, jak życie z długimi włosami może być łatwe? Cóż, posiadacze dość gęstych, falowanych, puszących się i niesfornych kudłów powinni wiedzieć o co chodzi. Długość powoduje, że są ciężkie i jakimś cudem same się przy odpowiednim umyciu ułożą. Krótkie powodują efekt hełmu bądź fryzury na Mikołaja Kopernika… 😛 Mimo wszystko bardzo chciałam oddać włosy na fundację i nie poczułam żalu z ich ścięcia, nawet kosztem “gorszego” wyglądu czy raczej konieczności robienia czegoś z włosami przed wyjściem. Uznałam też, że ciąża i okres macierzyńska to idealny moment na dłuższe cięcie. Najwyżej będę codziennie robić sobie kitkę, co przy małym dziecku i tak pewnie będzie normą 🙂

Włosy przed cięciem wyglądały tak:

Ogólnie widać, że końce były już do obcięcia, co aparat tylko uwypuklił. Po prawej w ogóle tragedia, bo zdjęcie zrobione w dniu cięcia, czyli nie mogłam nawet nałożyć na nie odżywki, co u mnie jest koniecznością przy każdym myciu 🙂 W dodatku były jeszcze odrobinkę mokre. Po lewej kilka dni przed, przy normalnej pielęgnacji, bez cudowania i układania, by było “wow!”. W dniu obcięcia mierzyły od czoła 85 cm, a od czubka głowy 76 cm, mierzone jak zawsze na mokro, po delikatnym obeschnięciu. Nie sądzę, że miałam kiedykolwiek dłuższe włosy.

…a po cięciu…

Nie będę udawać, że krótka fryzura to moja bajka. Doskonale wiedziałam, co mnie czeka (patrz: zdjęcia z któregoś kiedyś we włosowej historii, podlinkowanej wyżej). Wiem jednak, że szybko odrosną do długości, z którą da się żyć, a i mam też nadzieję, że teraz szybciej nauczę się o nie dbać 🙂 A satysfakcja, że dotrwałam, że mi się udało – bezcenna. Już mam ochotę zapuszczać tylko po to, by znowu ściąć warkoczyki na fundację. Ogólnie ścięłam ok. 32 cm, chociaż moje włosy nie są idealnie gładkie, nawet potraktowane prostownicą. 

Zdjęcia trochę rozmazane, ale Pan Mąż niespecjalnie lubi się z aparatem – cieszę się, że w ogóle czasami zrobi mi jakieś zdjęcie 😉 

MIESZKANIOWO

W końcu mogę to napisać – nasze mieszkanie jest gotowe! Jasne, jeszcze sporo mamy do zrobienia, zakupienia, ale tydzień temu Pan Mąż zmontował szafę, wczoraj stół, więc spełnione są wszelkie podstawowe funkcje – można nocować. Jest gdzie się umyć, ugotować posiłek, łóżko zaścielone, a teraz nawet ciuchy jest gdzie schować. Nie pytajcie tylko, kiedy ogarniemy roletę wewnętrzną do sypialni i szybę do kuchni, bo mimo że to nasze ASAP-y – doba jest ciut za krótka. Zdradzę jednak, że zielone ściany ze zdjęć zdobią właśnie nasze małe m, uwielbiamy je, chociaż aparat zmienia nieco ich odcień 🙂 

MATERIALNIE

W międzyczasie zapomnieliśmy już o wypadku z lutego i staliśmy się posiadaczami auta tzw. rodzinnego – Forda Focusa kombi z 2006 roku, który z uwagi na pojemny bagażnik był też zbawieniem przy zakupach remontowych. Mąż sobie chwali, ja chwalę bardzo dobrze działającą klimatyzację i tak jak ciężko było mi przełamać się do jazdy w ogóle, to za kierownicę kombi nie wiem kiedy wsiądę… 😉 Znalazłam sobie dużo przyjemniejsze zajęcie – gotowanie. Zapomniałam już, jak to lubię. A jak sobie przypomniałam (wszystko przez wielofunkcyjnego robota kuchennego!) to w ruch poszło wszystko… zupy kremy, domowe sorbety, wypieki wszelkiej maści – bułeczki, chleby, drożdżówki, pasty śniadaniowe, placki ziemniaczane, a nawet masło. 

To co, jak już wiecie co u mnie, to chyba czas ogarnąć zaległe podsumowania budżetowe? Choć na te najbardziej oczekiwane posty, związane z wykańczaniem mieszkania, pewnie jeszcze trochę poczekacie, w końcu wszystko w toku! 🙂