Długo zastanawiałam się, w jakiej formie zaprezentować wam koszty wykończenia naszego mieszkania. Najchętniej podzieliłabym je na poszczególne pomieszczenia, ale z wielu powodów tak się nie da. Głównie dlatego, że poniesione koszty dzielą się czasem na całe mieszkanie – u nas np. w przypadku robocizny (rozliczaliśmy się “za całość”, co jeszcze rozwinę), jak i podłogi, która wszędzie jest taka sama. Jeśli nie było Cię ze mną od początku, zapraszam na wpis o tym, jak kupiliśmy pierwsze mieszkanie w Słupsku – znajdziesz w nim odpowiedź, dlaczego zdecydowaliśmy się na rynek deweloperski i zobaczysz rzut naszych kątów.

*

Ostatecznie zdecydowałam, że na pierwszy ogień przedstawię ogólny rachunek sumienia i wydatki typowo wykończeniowe, a kolejne posty poświęcone będą stricte pomieszczeniom. Mam nadzieję, że z fotorelacją, chociaż z fotografowaniem pomieszczeń trochę u mnie ciężko 🙂 Parę rzeczy zostało nam do dokończenia, więc będę również w trakcie cyklu aktualizowała dane. Gotowi? Zaczniemy od początku, czyli przypomnienia kosztu mieszkania i wydatków związanych z formalnościami – o nich też nie można zapomnieć!

Częściowo koszt umowy wstępnej pokrywał deweloper, ale nie pamiętam już, czy podział był 50/50, czy inny – w każdym razie na koszty związane z notariuszem również trzeba być przygotowanym.

*

Poniższa tabela zawiera (miejmy nadzieję, bo przy tyyyyyylu rachunkach i rozliczeniach mogliśmy się gdzieś minimalnie machnąć) praktycznie każdy grosz, który wydaliśmy na wykończenie i urządzenie mieszkania. Od materiałów budowlanych po meble i agd, które do tej pory kupiliśmy, a także podkładki filcowe czy narzędzia, których D. nie miał, a potrzebował do złożenia łóżka bądź szafy. 

Wiem, że taki rozpis niewiele mówi, dlatego jak wspomniałam na początku – dziś szczegółowo zajmę się jedynie punktami 1-5. Jak widzicie na tę chwilę wydaliśmy ok. 40% wartości mieszkania i nie ma złotej zasady, czy to dużo, czy mało. Powiedziałabym, że jesteśmy taką półką średnią – niektóre rzeczy (głównie do wykończenia) są jakości lepszej, inne gorszej. Trafiliśmy na kilka promocji, ale jakiegoś wyjątkowego rabatu raczej nie doświadczyliśmy – ot cosezonowe promocje, których możemy się spodziewać po niektórych sklepach 🙂 Co dokładnie zawierają cyferki? 

1. DOPŁATY U DEWELOPERA

Czyli wszystko to, co wykraczało poza standard, ale za dopłatą mogliśmy na etapie prac zdecydować się na te rozwiązania:

 

Kran w ogródku – mam nadzieję, że będę miała w sobie trochę zaparcia (mimo malucha w drodze), albo mąż mnie wesprze i zasadzimy jakieś warzywka i zioła w przyszłym roku. Wtedy kranik się przyda, bo wolę umyć warzywa jeszcze na dworze, niż brudzić w kuchni 😉 Pomijając podlewanie trawnika czy innej zieleni.
Ogrzewanie podłogowe w całym mieszkaniu – w standardzie była chyba tylko łazienka z podłogówką, a w reszcie pomieszczeń grzejniki. Postawiliśmy na podłogówkę, bo szkoda nam było miejsca przy tak małym mieszkaniu na kaloryfery (których nienawidzę czyścić!) i częściowo ze względu na alergie (chociaż tutaj zdania są podzielone). Jest to mimo wszystko decyzja w ciemno, bo nie mieszkaliśmy w miejscu całościowo ogrzewanym podłogowo, ale miejmy nadzieję, że wyjdzie nam na dobre.
Rolety zewnętrzne – lubię mieć możliwość całkowitego zaciemnienia mieszkania. Zwłaszcza w salonie, bo nie mamy telewizora – gdy chcemy zrobić sobie seans odpalamy projektor, takie z nas dziwaki. Z innych plusów – w upały zasłonięcie tych rolet chroni przed nadmiernym nagrzaniem się mieszkania, a w ulewy można uratować świeżo umyte okna przed pobrudzeniem (patent mojej mamy). Najchętniej wszędzie dałabym elektryczne, ale mąż się uparł, że w pozostałych dwóch pokojach będą ręczne… 😉
Elektryk – wiadomo, że każdy deweloper ma określoną w projekcie liczbę miejsc na gniazdka, kontakty i źródła światła. U nas sam montaż podłogówki spowodował, że zdecydowaliśmy się na dodatkowe termostaty (żeby móc zmniejszyć temperaturę w pokojach), oprócz tego doszło parę kontaktów i chyba gniazdko oraz światło na zewnątrz.

2. ROBOCIZNA

Muszę przyznać, że naszą kwotą nie radzę się zupełnie sugerować przy układaniu budżetu na robociznę. Tak, u nas wyszło bardzo tanio, jednak nie musieliśmy zlecać prac obcej ekipie, o której nic nie wiemy, także wiecie… 😉
Prace trwały prawie dwa miesiące, ale czasami było to tylko kilka godzin dziennie, innym razem od rana do wieczora, bez weekendów. Nie był więc to szybki zryw. W ich ramach zostały wykonane takie prace jak: zeszlifowanie resztki wilgoci z sufitu niemal w całym mieszkaniu, malowanie ścian (bez gładzi, nie jesteśmy aż takimi estetami, dla nas standardowe wykończenie już przez dewelopera było bardzo ładne), kładzenie płytek podłogowych i w łazience, instalacja wszelkiej armatury hydraulicznej, założenie gniazd i kontaktów, montaż listw przypodłogowych, montaż drzwi wewnętrznych, zawieszenie lamp, a także montaż kuchni z Ikea, łącznie z blatem, oraz sprzętu kuchennego – piekarnika, zmywarki, okapu).
Gdybyśmy jednak musieli zapłacić więcej, to wiele prac staralibyśmy się wykonać sami bądź z pomocą rodziny i znajomych – np. malowanie ścian, montaż lamp, włożenie gniazdek czy składanie ikeowskiej kuchni. Czasowo pewnie wszystko by się przeciągnęło, bo ja za wiele w ciąży i tak bym nie zrobiła, a D. miał wyjątkowo pracowite lato, pewnie byłoby więcej niedociągnięć, ale zawsze mówię, że dla chcącego nic trudnego… 🙂

3. OSUSZACZ

Baliśmy się ruszyć z wykończeniem z powodu wilgoci w mieszkaniu, dlatego klucze dostaliśmy w lutym, a prace zaczęły się w maju, chociaż sąsiedzi wprowadzali się sukcesywnie już od grudnia czy stycznia. Teoretycznie wszelkie pomiary były ok, ale sufit przez wiele tygodni nie chciał zmienić koloru z ciemnego… Niestety zeszłe lato, gdy stawiano nasz budynek, było przeciwieństwem tegorocznego – non stop padało, więc obawy wydawały się uzasadnione. Grzaliśmy i wietrzyliśmy przez parę miesięcy, ale szczerze mówiąc niewiele efektów to przynosiło.

Coś się ruszyło, gdy zaczęliśmy używać osuszaczy, które zbierają wodę. Mieliśmy jeden pożyczony od rodziny, a drugi fabryczny wypożyczony, który przez ponad tydzień pracował u nas prawie non stop. Okazało się, że tej wody nie ma aż tak wiele do zebrania – przez pierwsze trzy dni było wow, ale potem praktycznie nic… Więc skąd ciemny sufit? 😉

Skorzystaliśmy jeszcze z tradycyjnych sposobów, czyli nawiercania w suficie dziur – co było też robione w trakcie robót jeszcze prze dewelopera – i w kilku miejscach trochę zebranej wody poleciało, ale nadal nie byliśmy zadowoleni z efektów. Szperając po forach budowlanych (:D) natrafiłam na informację, że czasami tworzy się taka dziwna warstwa i trzeba ją zeskrobać, np. papierem ściernym. D. spróbował w paru miejscach i faktycznie sam sufit był jasny i suchy, ale tuż pod nim dziwna warstwa, którą my uznawaliśmy na wilgoć. Sami byśmy się zamęczyli skrobiąc to, ale szczęśliwie nasz fachowiec miał odpowiedni sprzęt, żeby raz dwa pozbyć się problemu 🙂 Oczywiście potem kilka tygodni czekaliśmy, czy nasze szczęście nie jest chwilowe, ale wszystko do tej pory jest w porządku (i oby tak zostało!).

4 MATERIAŁY OGÓLNE i 5. WYDATKI OGÓLNE

Sporo materiałów kupował nasz fachowiec i mimo że mam rachunki nie rozczulaliśmy się już nad tym, żeby wszystko porozbijać – są to rzeczy, których zabrakło (np. kleje), listewki różnego typu, coś do gruntowania ścian i tego typu rzeczy. W tym również kwota za lustro do łazienki.

Jeśli chodzi o farby, fugi i kleje to postawiliśmy raczej na dobre, sprawdzone marki, fachowiec zawsze dawał nam listę, co bardziej poleca z różnych półek cenowych, ale wybór oczywiście należał do nas. Biała farba – Dulux Ultra White, farba zielona – Beckers Vaggfarg Emerald (sporo osób pisze do mnie z pytaniem, jaki to kolor), fugi do podłogi to Sopro, a do płytek łazienkowych – Mapei. Klej, który chyba głównie do montażu list przypodłogowych MDF był stosowany – Mamut.

Zdecydowaliśmy się położyć na podłodze gres Foresta Beige 20×60, na całość mieszkania. Jesteśmy z nieco bardzo zadowoleni – dobrze się czyści i muszę przyznać, że to ten kolor, na którym nie widać różnych paprochów i innych zabrudzeń 😉 Nasi goście również go chwalą. Niestety zdjęcia nie oddają koloru –  wychodzi żółtawy albo za ciemny. W rzeczywistości jest bardziej beżowy i matowy. Przy mieszkaniu 54m2 wzięliśmy z zapasem bodaj 60m2 (niestety na fakturze nie mam tych danych, więc bazuję na pamięci), ale nasz fachowiec okazał się baaardzo oszczędny i niewiele skrawków szło do utylizacji, także zostało nam kilka paczek. Przy podłodze mamy białe listwy MDF firmy Foge w połysku i to kolejny element, który uwielbiam, bo wszelkie plastikowe nie trafiają do mojej estetyki, a i mam z nimi złe doświadczenie – lubią odpadać przy rogach 😉

Żarówek, gniazdek to chyba nie ma co omawiać. Też zostało nam kilka w zapasie, bo gdzieś po drodze D. się machnął, więc można by było przyoszczędzić kilka złotych… 😉 A tak to trafiły póki co do schowka na zaś. Podobnie kranik, dzwonek do drzwi – ot, dostępne od ręki z marketów.

Pewnie wielu interesuje kwestia drzwi. Cóż, nas aż tak nie interesowała i może to był błąd 😉 Postawiliśmy na dość tanie drzwi ze sklejki, które jednak wizualnie bardzo pasowały nam do podłogi i ogólnie wizji mieszkania. Częściowo mieliśmy też już dość chodzenia od sklepu do sklepu w poszukiwaniu odpowiedniego odcienia. Generalnie nie wadzą, ale było kilka problemów przy montażu ościeżnic, a początkowo słabo się domykały (ale pomogło zostawianie ich zamkniętych) i dopiero czas pokaże, jak je ostatecznie ocenimy. Będę szczera – gdyby był to ten jeden, jedyny dom, w którym wiem, że będę mieszkać lat -naście lub -dziesiąt to nigdy nie zdecydowałabym się na drzwi ze sklejki, jednak obecnie nie był to dla nas priorytet.

Post już wyszedł długi, więc nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić was na pozostałe części. Może macie jakieś pytania lub propozycję, od którego pomieszczenia zacząć? Postaram się w miarę możliwości uwzględnić wszelkie sugestie 🙂 A tymczasem do przeczytania na Instagramie i Facebook`u!