Mijają właśnie dwa lata od pierwszego wpisu w ramach podsumowań “tu i teraz”. Mam wrażenie, że od tamtego czasu zmieniło się prawie wszystko 😉 Nawet od zeszłego roku – tyle było w nim książek, seriali, a mieszkanie dopiero nabierało kształtów. Teraz już siedzę w naszych czterech kątach, w salono-kuchni przy stole, a rury ze zdjęcia ogrzewania podłogowego grzeją moje stopy. Brak też w tym roku kalendarza adwentowego DIY, ale mam nadzieję, że nadrobimy za rok  🙂

 

Czekam na…

tak, w końcu mogę napisać, że czekam, aż młody będzie z nami 😉 Z bardziej przyziemnych rzeczy – na świąteczne akcenty w mieszkaniu. Pan Wyciosany z racji wykonywanej pracy już od dwóch tygodni puszcza kolędy i chce zawieszać lampki. A jego wizyty w marketach budowlanych kończą się wysyłaniem mi zdjęć choinek i Mikołajów 😉 Póki co opierałam się, ale że lada moment mogę rodzić – temat ogarniemy już w pierwszych dniach grudnia 😉 Muszę przyznać, że w tym roku w ogóle nie przeszkadza mi świąteczna otoczka trwająca już od listopada.  

Czuję się…

jakbym była w trybie “stand by”. Męczy mnie typowa dla ciąży bezsenność, w dodatku nie znam dnia ani godziny, kiedy będzie trzeba lecieć do szpitala. Oprócz tego jest całkiem nieźle. Działam ile mogę i jest mi z tym dobrze.

Jestem wdzięczna za…

to, że jestem w relacji, która się rozwija. Mimo jakichś 6 lat razem, w tym 5 pod jednym dachem w różnych kombinacjach i 1,5 roku jako małżeństwo (kiedy to zleciało?!) ciągle się docieramy. W listopadzie wydarzyło się kilka przykrych sytuacji, ale dzięki temu, że jesteśmy w dwójkę (a już zaraz w trójkę) jest łatwiej. Fakt, że na wiele spraw nie mamy wpływu uczy pokory, luzu i cieszenia się z naszej codzienności.

Chciałabym…

żeby ktoś zorganizował za mnie pokój biurowo-dziecięcy i przebił się przez informację o pieluszkach wielorazowych 😀 A ja bym w tym czasie zaszyła się w kuchni i próbowała nowych przepisów. Bo coś mi się wydaje, że przez jakiś czas nie będę miała sił na gotowanie czy pieczenie 😉

Swoją drogą – czy te pieluszki nie są urocze? 😀

Pracuję nad…

odpuszczaniem. Nie chcę się spinać, że np. przedpokój jeszcze niezrobiony, bo wiem, że mam ważniejsze (a czasem i ciekawsze) sprawy na głowie i nie ma szans, że do wiosny ja w ogóle o tym pomyślę. Świat się przez to zawali? Nie sądzę. Czy przeszkadza mi umorusane farbą plastikowe krzesło w przedpokoju? Nie bardzo, a przynajmniej można przycupnąć lub coś na nim postawić.

Ulubieńcy listopada

Oj, oj, oj. Czy jacyś się pojawili? Coś wygrzebię z pamięci 😉 Przede wszystkim – nieco więcej planszówek zamiast oglądania seriali czy filmów, a do śniadania np. wspólne słuchanie podcastów. Nie mogę tylko znaleźć serii, która pochłonęłaby mnie całkowicie. Skaczę po tym, co pojawi mi się tu czy tam w nowościach. Taka forma spędzania czasu dużo bardziej mnie relaksuje. 

Co więcej – farba tablicowa w kuchni. Między szafkami, zamiast szybyczy płytek. I marker kredowy, który pozwala mi na różne zawijasy.

 

Co się udało w listopadzie:

  • ułożyliśmy na nowo wszelkie dokumenty, także zostały tylko stosy notatek ze studiów (chyba ostatnia grupa rzeczy, z którą się zmagam);
  • prezenty świąteczne są już zamówione, ew. wybrane w koszyku, więc głowa spokojniejsza;
  • walizka do szpitala leży zwarta i gotowa;
  • wózek i fotelik samochodowy już na stanie – w dodatku po fajnych cenach;
  • zaopatrzyłam się w stosik pieluszek wielorazowych – nie wiem, czy podołam, ale chcę spróbować;
  • karnisze są zamontowane, zasłony skrócone, wyprane i wyprasowane (jak na moje standardy :P);
  • kolejne nowe przepisy – sernik na owsianym spodzie, pierniczki, kulki twarogowe i różne inne pyszności 🙂

Na grudzień już nic nie planuję tak na 100%. Mamy oczywiście listę rzeczy to do, ale ile zdołamy zrobić, to zdołamy – najważniejsze będzie przywitanie F. na świecie 🙂 

Pracuję nad większą aktywnością na Facebooku oraz Instagramie, więc jeśli zechcesz śledzić mnie również tam będę miała większą motywację do działania 🙂