Byłam ciekawa, jak to będzie z systematycznością na blogu, gdy pojawi się na świecie Filip. Każdy się zastanawia, jak to będzie, gdy zaczną się zarwane nocki, płacz i mokre pieluszki. Tymczasem u nas wszystko na opak i nasze dziecię nie męczy aż tak bardzo, co nie oznacza, że wszystko jest w porządku. Nie było podsumowania grudnia, więc tak w skrócie – po dość ciężkim porodzie spędziliśmy w szpitalu całe święta, łącznie kwitłam tam 8 dni. A gdy wszystko wydawało się już na najlepszej drodze (w końcu byliśmy w domu cali i zdrowi), to okazało się, że moja odporność po tym wszystkim kuleje i połowę miesiąca spędziłam na antybiotyku i bujaniem się z gorączką sięgającą 39,5 stopni, której nie mogłam zbić. Także wracanie do organizacji i układanie rytmu dnia z maluszkiem jeszcze trochę potrwa… 🙂

 

Czekam na… 

aż wrócą mi siły. Serio, ciężki poród, spora utrata krwi, gorączki, dwa antybiotyki i rana przez którą dwa tygodnie nie mogłam usiąść dają w kość. Zwłaszcza w połączeniu z karmieniem na żądanie małego ssaka o każdej porze dnia i nocy 🙂

Czuję się…

trochę zagubiona. Ale w inny sposób, niż myślałam o macierzyństwie. Po prostu własna choroba dużo bardziej “przeszkadza”, gdy należy zadbać o małego człowieka. Nie jestem też przyzwyczajona do odpuszczania, a coraz częściej muszę to robić. To są takie małe wybory każdego dnia – napisać notkę czy ugotować obiad. Liczyć na drzemkę, skoro młody poszedł spać, czy wziąć dłuższy prysznic z maseczką i odżywką na włosy. 

Jestem wdzięczna za…

rodziców i pomoc, którą mogę od nich otrzymać. Latałam z gorączką między internistą a ginekologiem, aby w końcu spędzić na SORze 10 godzin. Mąż był ze mną, a dziadkowie opiekowali się miesięcznym wnuczkiem. 

Chciałabym…

aby branie antybiotyków i zdrowa dieta spowodowały, że nie dopadnie mnie już w najbliższym czasie żadne choróbstwo, bo ile można chorować?! 🙂

Pracuję nad…

zaległościami. W każdej sferze. Od bloga po kurz za kanapą czy zdrową dietę. Miotam się między nadrabianiem ich, odpoczynkiem (nadal biorę antybiotyk), a nauką odpuszczania właśnie. Niestety blog oczywiście jest w tym wszystkim na ostatnim miejscu, mimo że mam sporo prawie gotowych wpisów… 

Ulubione w styczniu

  • Po trudnych początkach (bo choroba i brak sił) udaje nam się używać w dzień w większości pieluszek wielorazowych. Cieszę się, że choć minimalnie wdrażamy tę eko opcję, nie jest to duże utrudnienie wbrew pozorom, ale nie umiem jeszcze powiedzieć na 100%, co o ich myślę oprócz tego, że są po prostu ładne… 😉
  • W moim macierzyństwie kolejny raz pomaga organizacja podpowiedziana przez Kasię z worqshop – jeszcze w ciąży śledziłam jej cykl trzech spraw na dzień, a teraz spadła mi z nieba listą 5/10/15. Oczywiście dostosowuję to do siebie, ale wchodząc w rolę mamy było mi już łatwiej 🙂
  • Netflix – najlepsza opcja do karmienia i usypiania, kiedy nie wiem, czy uda mi się odłożyć małego ssaka do łóżeczka/kosza po 5 czy może 30 minutach. Zdecydowanie wkraczamy w okres, kiedy najlepsze miejsce do spania jest na mamie. Ewentualnie tacie.
  • Bardzo się cieszę, że jeszcze w zeszłym roku skusiłam się na kosmetyki do włosów Anwen – teraz jej szampon peelingujący wraz z innymi produktami są częścią mojej cotygodniowej rutyny tych paru minut tylko dla mnie.

Podsumowując – czas nucieka jak szalony. Mimo gorączek i średniego samopoczucia staram się cieszyć z uroków macierzyństwa, bo dziecię rośnie w ekspresowym tempie – ledwo przyszło takie na świat z wagą 3700, a tu już dźwigam sześciotygodniowego, uśmiechającego się chłopczyka, który waży 5300!

 

Pracuję nad większą aktywnością na Facebooku oraz Instagramie, więc jeśli zechcesz śledzić mnie również tam będę miała większą motywację do działania 🙂