Miesiąc zleciał ekspresowo. W końcu wygrzebałam się ze styczniowych antybiotyków, powoli organizujemy swoją codzienność z maluszkiem i przyzwyczailiśmy się do spania na raty (na ile można się do tego oczywiście przyzwyczaić), chociaż młody zaczyna wydłużać swoje nocne spanie. W dodatku kilka słonecznych dni też dało mały zastrzyk energii, którego mi brakowało.

Czekam na…

wiosnę! Po prostu. Pogoda nad morzem nie dopisuje, więc nawet jeśli wybierzemy się na spacer to jest on dość krótki. Mam nadzieję, że póki co uda nam się ochronić przed infekcjami na tyle, żeby nie opóźniać szczepień Filipa. Na wiosnę będzie z niego zresztą już całkiem duży chłopak, czego też nie mogę się doczekać 🙂

Czuję się…

zestresowana. To coś, nad czym muszę popracować. Dziecko je i się krztusi, często. Kaszle, kicha, więc się zastanawiasz, czy to już infekcja i powinnaś pędzić do lekarza, czy po prostu ślinka wpadła i sucho w nosku przez ogrzewanie. A zawartość pieluszki się zmienia i znowu stres – jednorazowa sytuacja, alergia czy może jakiś wirus? Zdecydowanie najgorsza część macierzyństwa, z jaką trzeba się uporać.

Jestem wdzięczna za…

pracę zdalną męża. Dużo łatwiej wszystko ogarnąć we dwójkę, niż siedząc z maluszkiem te 8-12 godzin samemu. Teraz wiem, że gdybyśmy żyli standardowych trybem, chyba byłabym w dużo gorszym nastroju. Albo prosiła mamę o częstsze odwiedziny 😉

Chciałabym…

ciężkie pytanie. Chyba przetrwać ten zimowy, stresujący okres i przywitać wiosnę razem z nowymi umiejętnościami synka 🙂

Pracuję nad…

organizacją. Jak wspomniałam obecność męża w domu przez większość dnia jest super, ale musimy też ustalić dość sztywne ramy czasowe jego pracy. Od ostatniego tygodnia lutego zaczęliśmy tydzień z wysprzątanym mieszkaniem i nowym pomysłem na naszą organizację. Zobaczymy, czy się sprawdzi, a jeśli nie – jak go zmodyfikować. Wyciosany potrzebuje spokoju i w miarę stałych godzin pracy, a jednocześnie ja pomocy w ugotowaniu czy sprzątaniu, bo jak jest bałagan to momentalnie pogarsza się mój nastrój. Chcemy też wpleść w codzienność jakieś małe przyjemności i rozwój, żeby nie oszaleć 🙂 Także krok po kroku…

Ulubione w lutym

  • udało mi się kilka razy uciec do kuchni na dłużej, więc polecę oczywiście jakieś nowe przepisy. I totalnie zachwyciłam się przepisami Pana Rozkosznego – na pierwszy ogień poszła pasta z fasoli i karmelizowanej cebulki oraz maślano-miodowe ciasteczka z suszonymi śliwkami. Pycha! Przy okazji sprezentowania mojej mamie książki “Lunchbox na każdy dzień” Malwiny z Filozofii Smaku mogę polecić też znajdujący się tam przepis na pastę na kanapki z buraczków. Nie byłam pewna efektu, ale tyle przepisów Malwiny już mi się sprawdziło, że zaryzykowałam i nie żałuję 😉
  • nowy element wyposażenia domu (poprzedni się popsuł): ceramiczny czajnik. Dopiero od tygodnia wiem, że coś takiego w ogóle istnieje. Po pierwsze – są dużo ładniejsze niż ich plastikowe odpowiedniki. Po drugie – są zdrowsze, na czym mi zależało. A przy tym można znaleźć je w stosunkowo niezłej cenie, w porównaniu do tych ze stali nierdzewnej 🙂 Z minusów – troszkę ciężkie i trzeba uważać, aby nie zbić górnej pokrywki. Ale mnie zupełnie oczarował taki imbryczek i bardzo pasuje do naszej kuchni 🙂
  • serial “Dom z papieru” – nie sądziłam, że włączając hiszpański serial, zupełnie z braku alternatywy, trafię na tak dobrą produkcję. Jest świetny! A ja znowu nie mam co oglądać, więc jestem łasa na polecajki, chociaż sporo już widziałam. 

Plany na marzec? Organizacja, organizacja, organizacja. Kto razem ze mną zaczyna w tym miesiącu ogarniać swoją przestrzeń na nowo? Z czym się zmagacie? Bardzo zależy mi na ogarnięciu naszego trybu dnia, bo mam plany, które chciałabym w okolicach wakacji wdrożyć w życie, także sami rozumiecie… 😉

Pracuję nad większą aktywnością na Facebooku oraz Instagramie, więc jeśli zechcesz śledzić mnie również tam będę miała większą motywację do działania 🙂